You can enable/disable right clicking from Theme Options and customize this message too.
logo

Szlachecki gościniec

W każdą niedzielę o poranku zabieram najświętszy sakrament, by przemierzając stare uliczki Lublina nieść Komunię św. schorowanym ludziom. Czynność ta stała się w mojej duszpasterskiej posłudze niemal już rytuałem! Dziś jednak zostałem zaproszony na śniadanie przez pana, u którego bywam raz w miesiącu. Człowiek ten niezwykle bogaty duchowo od samego początku jak go poznałem wzbudzał we mnie szacunek i zaciekawienie. Prawdziwy szlachcic. W salonie, wśród licznych ozdób ściennych nad wejściem dumnie zawieszony widnieje herb rodzinny, wspominając historyczne dzieje jednego z rodów szlacheckich ziemi lubelskiej.
Mieszkanie Pana Józefa – gdyż tak ma na imię mój gospodarz – to niczym galeria obrazów lub muzeum rzemiosła konnego. Wszędzie zobaczysz ostrogi, siodła lub stare fotografie, wspominające rodzinnych przedków.
Najbardziej żywiołowe są jednak dwa psy biegające po mieszkaniu i robiące wiele rabanu za każdym razem kiedy się pojawię. Dwie suki, matka i córka, czystej rasy Jacki polubiły mnie od pierwszego wejrzenia, gdy byłem u ich pana letnią porą po raz pierwszy z Komunią św. Aż sam gospodarz zadziwił się nad zjawiskiem, gdy psiaki dały się bez problemów przeze mnie pogłaskać. Zaprzyjaźniłem się z tymi dwiema psimi kobietami! Choć ta przyjaźń trochę kosztuje: trzeba je delikatnie głaskać, bo jak nie, to szczekają w niebogłosy. A człowiek zazwyczaj nie lubi hałasu, stąd nie pozostaje mu nic innego, jak godzić się na te psie pieszczoty.
Jak już wspomniałem, spotkał mnie dzisiaj zaszczyt wspólnego śniadania przy stole pana Józefa i jego małżonki.
Poproszono mnie do salonu. Stary, dębowy stół przykryty haftowanym obrusem, na stole porcelanowa zastawa, stare posrebrzane sztućce. Wszystko jak na filmie Noce i dnie! Atmosferę ocieplał płonący kominek, z którego unosił się charakterystyczny zapach palonego drewna.
Zająłem miejsce przy stole na honorowym miejscu. W czasie, gdy gospodyni udała się do kuchni wstawić jajka na śniadanie, gospodarz zabawiał mnie swymi opowieściami. W ciagu 7 minut – czas gotowania jajek na pół twardo – poznałem część historii powojennego Lublina: historię cudu w katedrze z 1948 roku, aresztowań lubelskich partyzantów jak również rodzinne perypetie z władzą ludową. Jajka śniadaniowe były wyborne i dokładnie takie, jak lubię. Potem były wyśmienite wędliny i twaróg ze szczypiorkiem! Palce lizać. A do tego pieczywo z bakaliami! Podsumowaniem śniadaniowej uczty była nalewka od pani gospodyni. Oj ostro i gorąco się przy niej zrobiło.
Pięknie jest doświadczyć życzliwości i dobroci drugiego człowieka. Staropolskie przysłowie powiada, gość w dom, Bóg w dom. To właśnie w spotkaniu z drugim „ty” człowiek staje się człowiekiem indoświadcza transcendencji Boga na poziomie horyzontalnym. I to jest piękne, szlachetne i godne pielęgnacji w naszej polskiej tradycji.

One thought on Szlachecki gościniec

  1. Ojcze, muszę przyznać, że też doświadczałem takich spotkań-bardzo mocno zarysowały się one w mojej pamięci…może właśnie przez to, że Bóg był obecny pośród nas i dało się Go poczuć, niemalże namacalnie…

Leave a comment