You can enable/disable right clicking from Theme Options and customize this message too.
logo

Goście Wieczerzy Pańskiej

Na dni Triduum Paschalnego przygotowałem recenzję filmu Ingmara Bergmana, Goście wieczerzy Pańskiej (1963), który w sposób doskonały wkomponowuje się w misteria dni paschalnych. Tych, którzy mają tyle cierpliwości, aby przeczytać do końca mój tekst, zachęcam do dyskusji, a wcześniej do obejrzenia tego filmu. Naprawdę Dla chętnych mogę film udostępnić w polskiej wersji językowej.

Film „Goście wieczerzy Pańskiej” zamknięty jest w swojej formie jakby w klamrę wiążących scen, którymi są dwa niedzielne nabożeństwa. To właśnie w tych scenach zawarł reżyser klucz, za pomocą którego możemy wejść w głębie przesłania obrazu filmowego. Nie chcę przy tym tworzyć wrażenia, że to właśnie moja interpretacja jest słuszna i właściwa. Po lekturze filmu, przeczytałem kilka recenzji, wśród których najogólniejszym stwierdzeniem była teza, że film jest o milczeniu Boga lub o miłości bez wzajemności. Chciałbym w kilku zdaniach spojrzeć jednak na dzieło z nieco innej perspektywy.

Pierwsza scena filmu to bardzo długi, przeciągający się obraz Eucharystii w wiejskim kościółku. Pierwsze zdanie, które pada z ust głównego bohatera – pastora Tomasa – staje się w tym miejscu punktem wyjścia do dalszej interpretacji filmu: „Pan nasz Jezus Chrystus tej nocy, której był wydany, wziął chleb…” Słowa te przypominają dramatyczne okoliczności w jakich narodziła się Eucharystia. Tak! Bergman przedstawia nam poprzez swój obraz tajemnicę Eucharystii, która „zawiera niezatarty zapis męki i śmierci Chrystusa”. Te treści dyskretnie przewijają się w dialogach bohaterów i w ich gestach.

W niedzielny poranek kilku parafian gromadzi się na Mszy św. Towarzystwo strasznie znudzone próbuje stworzyć choćby pozór modlitewnego skupienia w jakże chłodnej atmosferze wiejskiego kościoła. Ten chłód staje się jakby uzewnętrznieniem wewnętrznej kondycji „wierzących”. Kamera ukazuje nam tępe twarze, bez życia. Jedynie w oczach Marty dopatrzeć się można jakiejś tęsknoty. W portretowe ujęcie Marty wpleciony został obraz maleńkich hostii z odbiciem Ukrzyżowanego. W tym momencie to ona staje się głównym bohaterem filmu, nie pastor i jego problemy z wiarą, ale Marta, która swoje życie, swoją nieodwzajemnioną miłość do pastora składa w ofierze, niczym Chrystus ofiarujący się za grzechy świata na ołtarzu. Za chwilę nastąpi Komunia. Pastor z pateną czeka na swoich wiernych. Jako pierwsza do Komunii wyrywa się Marta. Długa scena Komunii św. sugeruje jej doniosłość: Ciało Chrystusa (…) Krew Chrystusa za Ciebie wydane(a). Pastora udzielającego Komunii widzimy w ujęciu z dołu. To wyraz nie tylko wyższości, ale napięcia, konfliktu, a może i zagrożenia. Z kolei twarz przyjmującego Komunię miejscowego rybaka kamera przedstawia z perspektywy górnej. Czyżby pastor miałby być dla niego zagrożeniem? Punktem kulminacyjnym nabożeństwa jest wypowiadana przez pastora modlitwa: Boże, który przez serce swojego Syna świat składasz na nowo… W tym miejscu można postawić sobie pytanie, w jaki sposób Pan Bóg Bergmana poskłada serca tych bezdusznych bohaterów na nowo? Brak perspektyw na jakąkolwiek odpowiedź potwierdza zbliżenie ołtarza, w którym widzimy mocno kiczowaty i zniszczony krucyfiks, którego ramiona symbolicznie podtrzymuje Bóg Ojciec, i późniejsze słowa pastora: Co za niedorzeczny obraz.

Jak na ironię losu kolejna scena to nic innego, jak delikatny symbol Judasza. Na tle Ukrzyżowanego widzimy wysypujące się monety z niedzielnej tacy i ich skrzętne podliczanie i księgowanie przez kościelnego, który przy okazji próbuje wykazać zainteresowanie i troskę o zdrowie swojego chlebodawcy. Czyżby któryś z bohaterów miałby zdradzić swojego Mistrza? Idąc tym tropem możemy zatrzymać się przy dalszej scenie, kiedy to po nieudanej rozmowie wątpiącego rybaka Jonasa z pastorem, jego martwe ciało zostaje znalezione nad brzegiem pobliskiej rzeki. Bez słowa pokrzepienia i nadziei prosty rybak odchodzi od pastora popełniając samobójstwo. „Wszystkich nas prześladuje ten sam strach. Musimy zaufać Bogu”.  To słowa zbyt małe i słabo przekonywujące prostego człowieka, by ten odzyskał wiarę nie tyle w Boga, ale w życie. Scena przy zwłokach, bez głosów, jedynie przy uciążliwych podmuchach wiatru przypomina niejako zakończenie pertraktacji, dobijanie targu między pastorem, a miejscowym policjantem. „Bóg tak daleko, czuję się bezsilny, ale musimy żyć. Dlaczego musimy żyć?” W perspektywie tego pytania Jonas odnalazł odpowiedź, która poprowadziła go nad brzeg rzeki z myśliwską strzelbą. Wydawać by się mogło, że to pastor stał się głównym sprawcą tej tragedii, gdyż ten, u którego Jonas szukał pomocy i wsparcia w problemach, stał się dla niego zdrajcą, przerzucając na biednego chłopa swoje rozterki i beznadzieję.

Zanim jednak dowiemy się o samobójczej śmierci Jonasa w zakrystii odgrywa się ciekawa scena, w której widzimy zakochaną w pastorze Martę. „Dlaczego przystąpiłaś do Komunii?” Z wyrzutem pyta duchowny kobietę. Domyśleć się można w tym miejscu, że Marta jest osobą niewierzącą, co potwierdzi sama w swoim liście pisanym do ukochanego. „Przecież to pokarm miłości”. W swojej niewierze Marta decyduje się podjąć misję. A tą misją jest nieodwzajemniona miłość do pastora. Jak Chrystus oddaje swoje życie za grzechy całego świata, tak samo Marta łącząc się z Jego ofiarą w Komunii św. decyduje się ofiarować życie za Tomasa. Jej zadanie nabiera stopniowo wymiaru metafizycznego. U początku stanowi owoc jej zaślepienia i niewiary: „Bóg milczy? Bóg nic nie mówi, bo Go nie ma! To proste!” Marta dopiero z czasem odkrywa Chrystusa w swojej samotności i zaczyna rozumieć poprzez doświadczenie choroby, cierpienie Boga. Jej poranione chorobą ręce przypominają przebite ręce Chrystusa. Marta dopiero tutaj zaczyna odkrywać ziarenka wiary. Wspomnienie wcześniejszych miłosnych spotkań z pastorem uświadomiły jej pustkę tejże miłości: „Nasze pieszczoty były niezdarnymi próbami ignorowania niedostatku miłości”. Być może wątpliwości Marty, co do wiary pastora doprowadziły ją samą do odkrycia sedna tejże wiary? – „Jednej rzeczy nie pojmowałam. Twojej przedziwnej obojętności do Jezusa”. W tym negatywnym doświadczeniu Marta szuka i modli się uparcie: „Jeśli moje cierpienie ma jakiś sens, to powiedz mi. Wtedy będę je znosiła bez skargi. Nadaj sens mojemu życiu, a stanę się posłuszną służebnicą”. W poszukiwaniu sensu i celu Marta zaczyna rozumieć, że tym zadaniem i celem jest jej ukochany pastor, który nigdy nie odwzajemni jej miłości. „Za fałszywą dumą i udawaną niezależnością ukrywam jedno pragnienie: móc żyć dla kogoś. Bardzo to trudne”. Dlatego Marta wybiera Chrystusa, by przy Nim nabierać mocy do ofiarnej miłości. Sama wcześniej wyznaje swoją bezsilność wobec obojętności pastora: Musisz nauczyć się kochać! – mówi Marta. – Ty mnie nauczysz? – pyta pastor. – Ja nie mogę! Nie mam takiej siły! – ripostuje Marta. W późniejszej scenie widzimy prześwietlonego pastora wypowiadającego słowa niczym Chrystus na krzyżu: Boże! Czemuś mnie opuścił. Niedziela w dolinie łez staje się Wielkim Piątkiem. Tylko czy rzeczywiście Bóg opuścił swojego sługę? W ów obraz dyskretnie wpleciona zostaje Marta ukrywająca się w murach kościoła. Czyżby ona była odpowiedzią na wołanie pastora? Gdy Marta staje się zwiastunką zmartwychwstania, pastor zatrzymuje się tylko na dramacie Wielkiego Piątku. Nie chce iść dalej, by przekroczyć próg śmierci. On ją potęguje zabijając samego siebie i swoich parafian. Odrzucenie Marty równe jest z odrzuceniem Boga. „Jestem zmęczony wszystkim tym, co wiąże się z Tobą” – wyznaje pastor w rozmowie z Martą. „Nie dasz sobie rady. Nic nie może cię uratować! Umrzesz z nienawiści do siebie!”

W tym egoistycznym zaślepieniu pastor odwiedza żonę zmarłego rybaka, by obwieścić jej hiobową wieść: Nic nie można było zrobić. Zastrzelił się! – Więc zostaliśmy sami – oznajmia żona zmarłego. – Pomodlimy się? – pyta pastor. – Nie, dziękuje? Bo niby do kogo mieliby się modlić, skoro sam pasterz zdradził swojego Mistrza, a kapłaństwo, które przyjął to tylko owoc pragnień jego rodziców.

Kulminacyjna scena filmu rozgrywa się w drugim kościele, przed popołudniowym nabożeństwem. Tam, w zakrystii kościelny nawiązuje rozmowę ze swoim pasterzem i dzieli się swoimi przemyśleniami po „nasennej” lekturze Ewangelii.

„Czytając Mękę Chrystusa popadłem w zwątpienie. Cierpienie Chrystusa. Kiedy mówimy o Jego cierpieniu myślimy o jednym. Myślimy za dużo o samych torturach. A przecież nie one były takie ciężkie. Fizycznie zachowując proporcje wycierpiałem równie wiele jak Chrystus. Jego męczarnia była dość krótka – 4 godziny mniej więcej. Za tą fizyczną męką dostrzegłem większe cierpienie. Cóż! Może się mylę, ale proszę pomyśleć o Ogrójcu! Wszyscy uczniowie zasnęli. Niczego nie zrozumieli. Ani Komunii, ani Ostatniej Wieczerzy. A Piotr, który się Go zaparł? Przez 3 lata Chrystus rozmawiał z uczniami. Dzień w dzień żyli wspólnie. A oni nie zrozumieli, co chciał im powiedzieć. Porzucili Go wszyscy – co do jednego. Został sam. To musiało być cierpienie: pojąć, że nikt Go nie pojmuje! Zostać opuszczonym, gdy potrzeba kogoś, na kim można się oprzeć. To straszne cierpienie! Ale najgorsze przyszło potem. Kiedy ukrzyżowany Chrystus wisiał w mękach i wołał: Boże mój! Czemuś mnie opuścił? Wołał z całych sił. Myślał, że Jego Ojciec w niebie opuścił Go. Myślał, że wszystko, co głosił było kłamstwem. Chrystus przed śmiercią miał chwile zwątpienia. To musiało być dla Niego najstraszliwszym cierpieniem.”

Pastor mimo braku wiernych nie odwołuje nabożeństwa. Jeszcze spóźnione dzwony próbują wezwać ostatnich spóźnialskich, którzy i tak nie przybędą w te niedzielne popołudnie na nabożeństwo. – Zaczynamy nabożeństwo!

„Święty, święty, święty jest Pan Zastępów. Pełna jest ziemia chwały Jego” – Tymi słowami Bergman kończy swój obraz. Ironia czy głębsze przesłanie? Czyżby pastor zrozumiał sens swojego życia i posłannictwa? A milcząca w ławce Marta, jako jedyna uczestniczka nabożeństwa utwierdza się w swojej misji i ofierze?

Leave a comment